Pierwszy życiowy trip...
- Klaudia Peret
- 15 paź 2023
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 29 paź 2023
Ha! I teraz pytanie brzmi: Pierwszy raz sama czy pierwszy raz w życiu?
Chyba każdy z was jak był mały pojechał gdzieś z rodzicami na wakacje. No właśnie! Ja byłam na Słowacji i w Turcji, ale nie wiele z tego pamiętam. Stwierdziłam, więc że nie ma o czym opowiadać. Chociaż historia jak wychodziłam z Jeepa i przydzwoniłam głową w barierkę z pewnością jest zabawna ale tu nie o tym. Dlatego pierwszy raz w życiu na tripe pominiemy i przejdziemy do pierwszego tripa kiedy już zapracowałam na niego sama a przede wszystkim, który pamiętam hahahah.
Nadchodził czas urlopu a ja nadal nie wiedziałam co z nim zrobić. Zostać na miejscu czy wyjechać. Mój budżet nie był za wysoki a ja sama trochę bałam się jeszcze gdziekolwiek jechać. Mój chłopak wpadł na pomysł, żeby wybrać się do Niemiec. Plus był taki, że spaliśmy w jego taty mieszkaniu, więc na noclegu mogliśmy zaoszczędzić.

Pierwszym miastem, które tam zwiedziliśmy była Kolonia. Zakochałam się już pierwszego dnia. Katedra, bulwar przy Renie, most "Hohenzollernbrücke" i przeprawa kolejką nad Renem oh te atrakcje zrobiły na mnie duże wrażenie. Nawet na bulwarze zaczepili nas rodowici Niemcy, by pomóc im zrobić zdjęcie. Przy okazji sami załapaliśmy się na wspólną fotkę nad Renem. Po drugiej stronie Renu znajduje się wielki park. Jeździ tam nawet kolejka wąskotorowa w wersji mini. Kiedy to zobaczyłam zaczęłam się cieszyć jak dziecko.
Było to bardzo fajne i od razu przywołało wspomnienia z dzieciństwa z parków rozrywki. A nie ukrywajmy nad morzem to podstawa. Cały ten dzień był pełen wrażeń no i wiadomo zaskakujący dla mnie co wiąże się ze zmęczeniem. Tym bardziej po całym dniu chodzenia w min 32 stopniowym upale. Wróciliśmy późnym wieczorem i zaczęliśmy myśleć co dalej. Na następny dzień trzeba mieć jakiś plan.

Z Nadrenii Północnej jest bardzo blisko do Holandii. I tu pojawił się kolejny pomysł. Czemu by nie zwiedzić od razu drugiego kraju!? Rano spakowaliśmy co najpotrzebniejsze i wyruszyliśmy w trasę. Po paru godzinkach byliśmy już w Amsterdamie. Co dało się zauważyć jakie pierwsze? ROWERY. Tam nie ma praktycznie miejsca by jechać autem.
Miasto oparte jest o ścieżki rowerowe i chodniki a na ostatnim miejscu jest droga na jakieś samochody. Kolejnym aspektem jest piękna architektura miasta. I te uliczki niczym z Wenecji. Moje podstawowe info o Amsterdamie wtedy: stolica Holandii i światowa stolica Maryśki. tyle wiedziałam. Wiedząc jaki zakres wiedzy wtedy miałam możecie sobie wyobrazić jakie było moje zdziwienie i przerażenie jak przez przypadek trafiłam na Czerwoną ulicę. Dla osób, które nie wiedzą co to za ulica: Idę sobie ulicą i nagle widzę w wielkim oknie babkę w nitkach na tyłku i jedyne co miała na sobie oprócz tego to małe "x" na sutkach i rozmawiała przez telefon. Reszty co i jak już możecie domyśleć się sami. HAHAHA Teraz się z tego śmieję, ale wtedy byłam na maxa zdezorientowana tym bardziej, że na przeciwko tej babki znajdował się jakiś kościół. Tak dokładnie. KOŚCIÓŁ. Po paru godzinach tam stwierdzam, że to "Europejskie LAS VEGAS " Miasto ćpania, chlania, przepuszczania pieniędzy i SEXU. Tam możliwe jest po prostu wszystko.
Niestety, ale mnie to miasto osobiście nie przekonało. Jak rozmawiam z ludźmi to chyba dzielą się na dwa typy. Albo je kochają albo nienawidzą. Z resztą to samo zauważyłam z wyjazdem do Kolonii. Aczkolwiek dla mnie w Amsterdamie osobiście było za dużo ludzi, syf straszny i na każdym rogu wiadomka czuć Maryśkę. Ale to tylko moje zdanie. Zawsze warto przekonać się samemu jak tam jest. Mimo moich odczuć polecam, będziecie bogatsi w nowe doświadczenia.

Następnym punktem, była Haga. Ta za to bardzo mi się spodobała. Dalej ma Holenderski klimat i rowery są wszędzie, ale jednak czułam więcej luzu dookoła. Znaleźliśmy nawet POLO MARKET.
Bardzo spodobała mi się ich wielka i piękna Biblioteka Publiczna. Nic nie przebije jednak mojego zaskoczenia i radości, gdy zobaczyłam to co widzicie na załączonym obrazku. Nie sprawdzałam w Google jak wygląda tam plaża i to molo,
o którym wspominała mi kumpela. Uwierzcie mi byłam najszczęśliwszą osobą na Ziemi a banan nie schodził mi z twarzy, aż do momentu kiedy musieliśmy jechać dalej. Na molo znajduje się tak jakby Galeria Handlowa, Bungee i to piękne koło widokowe. Jest bardzo wysokie i niczym nie podobne do naszych Bałtyckich mórz. Gdy pospacerowaliśmy już trochę po plaży i molo, przyszedł czas na odpoczynek. Leżaki przyszły z pomocą. Ale uważajcie! Są płatne. I tu mi powiecie: "Ale mi to nowość u nas też!". Tak, ale tam leżaki leżą sobie ułożone na plaży a u nas trzeba najpierw iść do osoby, która nam go wypożyczy. Tam ta osoba chodzi po plaży z kasownikiem i podchodzi do was sama. Nam na szczęście udało się uniknąć płatności. Zabraliśmy rzeczy i poszliśmy kulturalnie na piasek.
A jeśli zdecydujecie się na rozłożenie na kocyku przy brzegu to odradzam. W porównaniu do naszego morza, w Holandii istnieje coś takiego jak przypływ. I po paru godzinkach leżakowania nie zdziwcie się, że podmyje wam tyłeczek. Przypływ nie czeka. On wkracza do akcji szybciej niż wam się wydaje.
Co do plażowania też mam jedną radę. Słońce w Holandii jest mocniejsze i łapie w moment. Miejcie przy sobie zawsze krem z mocniejszym filtrem niż zazwyczaj.
Po tym słońcu byliśmy już tak zmęczeni, że odpuściliśmy Rotterdam. Dostałam propozycję przyjazdu do Tilburga. Tam spędziłam trochę czasu z koleżanką, zdrzemnęliśmy i pojechaliśmy dopiero na następny dzień.
Wracając do Niemiec po drodze mieliśmy parę ciekawych miast. M.in Venlo, Duisburg, Dusseldorf itd. Wybraliśmy Duisburg. Znaleźliśmy tam fajny park przy rzece z wyburzonych budynków i starych pordzewiałych żurawi. Nadrenia słynie z przemysłu i transportu rzecznego stąd pewnie pomysł na takie zagospodarowanie terenu. Nie czytaliśmy o tym zbyt wiele było tak gorąco podczas powrotu i tego tygodnia, że jedyne o czym marzyliśmy to odpoczynek i trochę cienia. Po krótkim spacerze wróciliśmy do domu. Ostatni dzień chcieliśmy poświęcić na zobaczenie miasta, w którym spaliśmy (Wuppertal). W rzeczywistości pogoda i upały nie miały dla nas litości i jedyne co postanowiliśmy zrobić to przejażdżka Schwebenbahn(- podwieszana kolejka, która pełni funkcję tramwaju, ale finalnie sunie podwieszona po szynach w powietrzu ) Miasto jak większość tu słynie z przemysłu. Znajdują się tu znane fabryki takie jak 3M, BAYER, VORWERK itp.
Finalnie oprócz Schwebki nie mieliśmy siły już na nic i postawiliśmy iść zrobić zakupy na drogę, potem pójść do parku wieczorem na ping-ponga. Zdrzemnęliśmy się i czekał nas min 9h powrót do Polski.
Tak w skrócie wyglądał właśnie mój pierwszy dłuższy trip i przy okazji pierwsza stolica, którą odwiedziłam poza naszą. O każdym z miejsc, w których byłam opowiem wam osobno, kiedy będę pisać o ciekawych miastach i stolicach, które warto zobaczyć. Każde z nich dostanie już swój własny artykuł i tam będziecie mogli szukać co ciekawego możecie tam zobaczyć.
Mam nadzieję, że was nie zanudziłam.
Pozdrawiam Kala.



Komentarze